przepraszam moze troszke mnie ponioslo,ale w/g mnie narkomania to nie tylko "techniczne" branie narkotyku ale tez cala otoczka z ktora najdluzej sie walczy ale i najciezej. ja nie wiem jak mozna psychicznie sie oddzielic a fizycznie dalej byc razem jakby nie bylo problemu,nie wiem moze sie myle .pozdrowoinka
Posted: 25.05.2006, 18:26
oceń:
nowicjusz
zarejestrowany:
październik 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
23.05.06
postów:
27
Kochani, teoretycznie ja to wszystko wiem...ale praktycznie, kiedy w grę wchodzą emocje...to zajebiście trudne...Już jest inaczej- gorzej. nie do zniesienia. Wczoraj powiedział: " Na ch*j tu wróciłem, nie mam własnego mieszkania, pieniedzy, samochodu, nawet normalnej rodziny...za miesiac tak i tak skonczy sie to wszystko...chyba zaczne znowu brać bo mam to w dupie.." - to były wyrzuty kierowane w moją stronę.Krzyki, rzucanie czymkolwiek...( na szczescie nie jestem 24h z nim).. Nosi go. To choroba, wiec nawet on nie zdaje sobie sprawy, że sytuacja wymyka sie spod kontroli. Ja uważam na każde wypowiedziane słowo, każdą minę. Przestaję być sobą. To tragiczne. SZkoda tylko córki, która za ojcem do ognia by wskoczyła..Zaprzyjazniona psycholog powiedziała, że bedzie go nosiło, aż nie przyćpa..(tak na prawde to chyba dzisiaj sie to stało, abym sie myliła...) :( .Ale przecież musi być jakis sposób...Będe próbowała...Czy jest jakiś cudowny środek na poskromienie złości i nerwów? Dziękuje Wam wszystkim. Ech...Józefaa nie odebrałam tego w ten sposób. :) Pozdrawiam serdecznie.
Jeszcze kilka słow. Znam pary narkomanów, gdzie dziewczyna prostytuuje się za towar, partner sypia z pannami, które chcą przywalić, a nie maja kasy...To znajomi mojego męza. Koleżanka moja przekazała pozdrowienia mnie, dla mojego męża od bardzo dobrej znajomej
( własnie takiej), która stęskniła sie za nim... Rozwaliło mnie to. Chyba nie stać mnie na tak wielkie pokłady miołosierdzia...gdyby to o czym mysle okazało sie prawdą...
Czesto myśle o sobie: Niby taka mądra, wykształcona, a czuje sie jak debilka i kompletna idiotka przy swoim facecie, który postepuje tak a nie inaczej...
Posted: 25.05.2006, 20:11
oceń:
neofita
zarejestrowany:
lipiec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
08.02.10
postów:
675
Niom szkoda, że często teoria nie idzie w parze z praktyką... Zastanawiam się jak Twój mąż chce posiąść to wszystko nie robiąc nic, zupełnie nic. Podam Ci przykład z życia wzięty. Mój ojciec jest hazardzistą z 30 letnim stażem (lub coś kole tego). Jakieś osiem lat temu dostał ultimatum - terapia lub walizki za drzwi i znikasz z naszego życia. Podjął terapię. Poszedł na pierwsze spotkanie, drugie.... po czym stwierdził, że już więcej tam nie pójdzie, bo pani terapeutka sama powinna się leczyć, jest głupia itd. Po miesiącu już z nami nie mieszkał.
Postaw warunek swojemu mężowi - zakaz ćpania i podjęcie konkretnych działań (poszukanie pracy, grupa wsparcia, włączenie się w życie rodzinne, podejmowanie decyzji i panowanie nad emocjami). I jeśli go nie spełni zrób to o czym pisze marecki. Nie może być tak, że cieszysz się będąc poza domem, gdyż w nim toczy się wojna. To nie ma sensu. I żadnemu z Was nie wyjdzie na zdrowie ( a już napewno nie Twojej córce).
I odpowiedź dla mareckiego. W rodzinie funkcjonującej na zdrowych zasadach każdy członek zna swoje granice. Wie, że na niektóre rzeczy ma wpływ, na inne zaś nie. Orientuje się w swoich stanach emocjonalnych i cudzych.
W rodzinie gdzie jest osoba uzależniona te granice się zacierają. Pola psychologiczne członków takiej grupy rodzinnej mieszają się ze sobą. Dochodzi do odrzucenia uzależnionego lub do nadodpowiedzialności za niego. Osoba współuzależniona robi odpowiada i myśli za kogoś. Zamiast żyć za siebie zyję za tą drugą osobę.
Aby móc mówić o dojrzałym związku te dwie jednostki muszą być wystarczająco odrębne. Każda z tych osób powinna odpowiadać za siebie. Ponosić konsekwencje swoich poczynań. Psychologiczne oddzielenie to "życie obok" (a nie za) osoby uzależnionej. Skoncentrowanie się na sobie, swoich działaniach. To zrezygnowanie z przymusu kontrolowania. Pozwolenie tej drugiej osobie na odczuwanie lęku, strachu, cierpienia i innych uczuć, zamiast przejmowania ich na siebie.
To jest dokładnie powrót do zdrowych relacji, gdzie mimo życia we wspólnocie rodzinnej każdy jej członek jest autonomiczną jednostką. Posiadającą prawa do decydowania za siebie i współdecydowania w ważnych dla tej grupy sprawach. Posiadający w niej swoje miejsce. Posiadający poczucie "dobrowolności" i wyboru, a nie przymusu. Posiadający prawo do intymności. Posiadający też obowiązki etc.
Tego brakuje u miluni i tego musi sie ona nauczyć. Zresztą co sama zauważa.
Nie jesteś milunia głupia. Nie jesteś idiotką. Jesteś osobą współuzależnioną. Dobrze, że nad tym pracujesz. A pokłady miłosierdzia prędzej czy później rzeczywiście się wykańczają i pozostaje już wtedy niejednokrotnie niechęć do partnera i nienawiść. Zresztą Twoja córka która teraz przepada za swym ojcem w przyszłości może też wpaść na ten przeciwny biegun miłości. Co gorsza może zacząć kroczyć tą samą drogą.
Miluniu podejmij decyzje i trzymaj się ich konsekwentnie. Musisz wyrwać się z tego marazmu. Pamiętaj że grasz o normalne życie Twojej córki i swoje. Życzę Ci siły. Pozdrawiam.
"Człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł" Gabriel Garcia Marquez
Posted: 25.05.2006, 21:13
oceń:
domownik
zarejestrowany:
listopad 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
30.05.09
postów:
59
boże Milunia jestesmy pokrewnymi duszami z tym że u mnie nie ma mowy o leczeniu ,nie ma rzadnej przerwy
Posted: 25.05.2006, 21:15
oceń:
domownik
zarejestrowany:
listopad 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
30.05.09
postów:
59
to trudne odejśc ,zostawić ale wydaje sie czasem jedynym słusznym rozwiazaniem
Posted: 25.05.2006, 21:35
oceń:
neofita
zarejestrowany:
marzec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
26.08.10
postów:
795
Tak Kotunko to prawda, że jest to trudne ale tak musi być aby ratować dzieci i siebie, a może przez ten paradoks może i z czasem osoba uzalezniona się przebudzi i rozpocznie leczenie. Ale trzeba to zrobić jeszcze gdy jest miłość a nie już nienawiść. Bo wtedy już są bardzo nikłe szanse na powrót do wspólnego życia. Nawet jak będzie już trzeźwy. Wielu sił życzę Wam drogie Panie i dla Waszych pociech. Pogody ducha.
Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali
Jan Paweł II, częstochowa, 18.VI.1983
Nie potrafi przebaczyć innym, kto sam nie zaznał przebaczenia.
Jan Paweł II, Z przemówienia do młodzieży, Watykan, 1999 r.
Posted: 25.05.2006, 21:52
oceń:
domownik
zarejestrowany:
listopad 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
30.05.09
postów:
59
prawdziwa miłość przetrwa wszystko a ja w to wierze i czuje to to się wie że to jedyny człowiek którego można obdarzyć takim uczuciem,które zniesie wszystko nawet rozstanie dla dobra tego kochanego człowieka...miłośc to potęga
Posted: 25.05.2006, 21:55
oceń:
domownik
zarejestrowany:
listopad 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
30.05.09
postów:
59
i jeszcze jedno...w życiu bym nie pomyslała że zniose tyle bólu i tyle łez wypłaczę jednocześnie racjonalnie myslac jak ratować kogoś kto mnie krzywdzi miłośc to niewyobrazalna siła.....
Posted: 26.05.2006, 11:04
oceń:
neofita
zarejestrowany:
lipiec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
08.02.10
postów:
675
Nie dokońca się mogę z Tobą zgodzić kotunko. Miłość zaniedbywana umiera i to jest proces jak najbardziej naturalny. By mogła trwać potrzebne jest zaangażowanie (świadome i zamierzone działania) obydwóch partnerów, a nie jedynie jednego. Miłość to: pragnienie dbania o dobro partnera; przeżywanie szczęścia w obecności partnera i z jego powodu; szacunek dla partnera; przekonanie, że można na niego liczyć w potrzebie; wzajemne zrozumienie; wzajemne dzielenie się przeżyciami i dobrami, zarówno duchowymi, jak i materialnymi; dawanie wsparcia i otrzymywanie uczuciowego wsparcia; wymiana intymnych informacji; uważanie partnera za ważny element własnego życia. To też rozwiązywanie konfliktów, dążenie do rozwiązań zadawalających obie strony.
Smutne jest to, iż miłość kojarzysz z bólem, łzami i krzywdą. Dla mnie to objaw miłości toksycznej. Nie budującej, ale niszczącej...
"Człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł" Gabriel Garcia Marquez
Posted: 26.05.2006, 13:30
oceń:
neofita
zarejestrowany:
marzec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
26.08.10
postów:
795
Kotunko droga Basia wie co pisze. Miłość nie może być dobra gdy idzie w parze z bólem, łzami i krzywdą. Prędzej czy później zmieni się w nienawiść. Ja pamiętam jak moja żona patrzyła na mnie jak płakała i mówiła że mnie jeszcze trochę to znienawidzi bo dłużej nie zniesie mojego picia i zachowań, a możesz mi wierzyć że nasza miłość była i jest wielka i tylko dzieki zdrowej twardej miłości ze strony mojej żony przetrwalismy ten koszmar. Teraz wiem jak serce Ją bolało gdy mnie zostawiła samego w domu przed Świętami Bożego Narodzenia i tym mnie przełamała abym sięzaczął leczyć. Tylko Bóg nas kocha miłością niezmienną i bezwarunkową. Ale to jest Bóg a my jesteśmy tylko ludzmi, którzy posiadają wady jak i zalety i nie jesteśmy tacy miłosierni jak On. Ks. Marek Dziewiecki pisze mądre słowa na temat mądrej twrdej miłości.Pozdrawiam.
Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali
Jan Paweł II, częstochowa, 18.VI.1983
Nie potrafi przebaczyć innym, kto sam nie zaznał przebaczenia.
Jan Paweł II, Z przemówienia do młodzieży, Watykan, 1999 r.
Posted: 26.05.2006, 21:05
oceń:
domownik
zarejestrowany:
listopad 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
30.05.09
postów:
59
no cóż twarde te wasze sprecyzowanie miłości ale zgadzam się z wami....tak bardzo kocham ,że boję się tych uczuć,które czasem czuję do niego/nie będę wymieniać jakie to uczucia/...tak bardzo boję się żyć bez miłości,ktorą sobie wręcz uroiłam...bo to co teraz się dzieje w tym związku to nie jest miłość,zadne to uczucie .Piszecie "twarda" milość...pytam właśnie siebie samej...."co mam do stracenia???",co mogę stracić jeszcze? odpowiedz nasówa się sama...nic nie mogę stracić zostawiając go jedynie odzyskać go bo uczucie którym mnie darzył na poczatku naszej znajomości dawno minęło
Posted: 26.05.2006, 21:37
oceń:
neofita
zarejestrowany:
marzec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
26.08.10
postów:
795
Kotunko - ja myślę, że to uczucie jakim Cię darzył tak naprawdę pewnie nie minęło, jest tylko bardzo przytłumione przez tą cholerną chorobę. Wiesz że on teraz tak naprawdę nie panuje nad swoimi uczuciami i emocjami nie jest po prostu w stanie kierować własnym życiem. To te cholerstwa nim rządzą i zasłoniły mu cały świat. Jest omotany i nie żyje w realu tylko w wyimaginowanym świecie zakłamania i obłudy i wszystko jak i wszystkich kogo kochał jest teraz dla niego nieważne, tylko to świństwo się liczy. I trzeba to zmienić. Tak jak piszesz już nic nie masz do stracenia tylko poprzez twardą miłość możesz go odzyskać a wtedy i miłość będzie nowa i pełna. Oby tak się stało z całego serca Ci tego życzę.
Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali
Jan Paweł II, częstochowa, 18.VI.1983
Nie potrafi przebaczyć innym, kto sam nie zaznał przebaczenia.
Jan Paweł II, Z przemówienia do młodzieży, Watykan, 1999 r.
Posted: 29.05.2006, 20:14
oceń:
domownik
zarejestrowany:
listopad 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
30.05.09
postów:
59
widzisz drogi Jozefie....cały czas mam uczucie ,że wyprowadzając się od niego poddaje się,przegrywam walkę o jego życie...nie wiem skąd te moje uczucie że walczę a przecież jest wprost przeciwnie usługując mu,sprzatając po nim,chodząc na palcach gdy jest na "głodzie"potęguję chorobę i napewno nie zmierzam w kierunku leczenia....ja to wszystko wiem ze spotkań dla współuzależ.Nie wiem czego się boję ,czy to tylko strach przed nowym,lepszym życiem bez narkomana u boku,czy może poczucia że jak odejdę to szybciej ze sobą skończy..."jego słowa.....w myslach uciekam od niego i w marzeniach zanim zasne ale kiedy budzę się w rzeczywistosci od nowa zmagam się z zyciem ,którego nie mogę czy boję się zmienić.Szukam tu pewnego rodzaju wsparcia i siły,która pomoże mi zdecydować się wreszcie to bardzo trudne....Co gorsza każdego wieczoru kiedy on wychodzi zaczyna mnie pocieszać lampka czerwonego wina a wiem co to może zrobić na dłuższą metę mój tato był alkoholikiem próbował z tym skończyć ale nie zdążył nie żyje .Nie wiem jakie moge mieć skłonności do wpadnięcia w nałóg ale napweno większe.....tak jak każdy czasem mam złe dni,tylko lubie mieć wtedy lampkę wina przy sobie
Posted: 29.05.2006, 21:49
oceń:
neofita
zarejestrowany:
lipiec 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
08.02.10
postów:
675
Lepsze znane piekło, niż nieznany raj?
Masz wybór, pokonać lęk przed niewiadomym i zmienić coś w swoim życiu, albo pozostać w tym małym do pewnego stopnia oswojonym piekle. Tylko zastanów się co będzie lepsze dla Ciebie i dla dziecka.
Dorosłe Dzieci Alkoholików łatwo popadają w uzależnienia albo znajdują uzależnionych partnerów. Nie jest to pocieszające, ale jesteś w tak zwanej grupie podwyższonego ryzyka. Więc...
"Człowiek ma prawo patrzeć na drugiego z góry tylko wówczas, kiedy chce mu pomóc, aby się podniósł" Gabriel Garcia Marquez
Posted: 29.05.2006, 21:58
oceń:
monarowiec
zarejestrowany:
wrzesień 2005
Status:
off-line
ostatnia wizyta:
25.11.06
postów:
110
Droga Kotunko Twoja sytuacja jest już na tyle nieciekawa, że odejście jest chyba jedynym rozwiązaniem, które może coś zmienic. Próbowałaś już wszystkiego bez skutku więc wydaje się to byc ostatnie wyjście może więc warto zaryzykowac chyba nie masz juz nic do stracenia. Ciężko jest patrzec jak ukochana osoba umiera i ułatwiac jej to. On nie myśli teraz racjonalnie i nie widzi ujemnych skutków cpania i dopóki będziesz mu stwarzała takie warunki może ich nigdy nie zobaczyc. Jesteś jedyną osobą, która teraz myśli racjonalnie i może to przerwac a on pewnie Ci potem za to podziękuje, że dzięki Tobie w końcu przejrzał na oczy ale daj mu szanse przejrzec, nigdy nie jest za póżno czasem warto zaryzykowac a Ty nie masz już nic do stracenia może byc tylko lepiej.
Bądź dzielna i trzymam kciuki jakąkolwiek podejmiesz decyzję. :wink: